OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Warszawie na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciw Uniwersytetu, przed wejściem do kościoła Św. Krzyża stoi posąg Chrystusa dźwigającego krzyż na jednym ramieniu, z uniesioną drugą ręką do góry, a pod nim napis w języku łacińskim: “SURSUM CORDA”, co w tłumaczeniu oznacza: “SERCA W GÓRĘ”. Gdy byłam studentką, lubiłam wstępować do tego kościoła, tym bardziej że znajduje się w nim obraz św. Judy Tadeusza, patrona od spraw beznadziejnych, dzięki któremu chyba dostałam się na studia. Zaraz po przyjeździe do Warszawy, zanim zgłosiłam się na Uniwersytet, weszłam do tego kościoła, aby się pomodlić o przyjęcie na studia i odkryłam ten obraz św. Tadeusza Judy. Także posąg Chrystusa zawsze mnie fascynował, gdy przychodziłam tu potem na wykłady uniwersyteckie. Chrystus niesprawiedliwie osądzony i upokorzony, dźwigając krzyż, na którym miał być ukrzyżowany, w obliczu nieuchronnej śmierci nie załamuje się, lecz pociesza i podnosi nas na duchu, wskazując na niebo i dając nadzieję na wyjście nawet z najgorszych sytuacji.

Gdy znalazłam się po studiach w Chełmie i przeżywałam głęboką depresję po pierwszym szoku psychicznym (1973 r.), w jakiejś gazecie trafiłam na zdjęcia z powstania warszawskiego, opublikowane w związku z rocznicą wybuchu powstania. Było wśród nich także zdjęcie z tym posągiem Chrystusa powalonym na ziemię wśród ruin i zgliszcz zbombardowanych budynków, ale, co ciekawe, dalej z uniesioną ręką. Dziwna rzecz, bo przecież biorąc na zdrowy rozum, gdy ten posąg padał na ulicę, to ta uniesiona ręka powinna być w pierwszym rzędzie utrącona, a nie została, jakby dając ludziom dalej nadzieję wśród straszliwej pożogi wojennej. Chrystus nawet zbezczeszczony i powalony na ziemię ze swoim krzyżem wskazuje na niebo i nie pozwala nam tracić nadziei. Widocznie już wtedy zostało to przez powstańców odczytane jako znak Opatrzności Bożej, skoro ktoś utrwalił ten widok na zdjęciu.

To zdjęcie tak silnie współgrało z moimi odczuciami w czasie głębokiej depresji i dawało mi tyle nadziei i otuchy, że odczytałam je jako osobisty znak od Boga, że uda mi się wyjść z tego stanu i że z każdej, nawet najgorszej sytuacji jest wyjście. Powiedziałam sobie: „Nie ma takich załamań, z których nie można byłoby powstać!” Postanowiłam je zachować, wyciąć z gazety i oprawić w ramki. Niestety po wycięciu, chciałam je nakleić na grubszy karton i użyłam kleju, który przesiąkł przez papier i poplamił zdjęcie. Nie mogłam tego odżałować i opowiedziałam o tym koleżance Krysi, która była wówczas rysowniczką w muzeum (dziś jest dyrektorem muzeum), a ona to sobie wówczas zapamiętała. Po kilku latach, kiedy przebywałam w szpitalu, Krysia mnie dwa razy w tygodniu odwiedzała, a po wyjściu ze szpitala wręczyła mi grafikę tego zdjęcia. Odnalazła je i przerysowała ołówkiem, wiedząc, jakie to dla mnie miało duże znaczenie. Oprawiłam je w ramki, poświęciłam w kościele i odtąd stale wisi u mnie na ścianie w pokoju na poczesnym miejscu. Odtąd zawsze, kiedy jestem w tarapatach lub bardzo źle się czuję, spoglądam na ten obraz i przypominam sobie o nadziei, którą z sobą niesie oraz o bezinteresownej pomocy koleżanki, która mnie nie opuściła w biedzie. Jest dla mnie rodzajem kotwicy psychicznej, która pomaga wydobyć się z załamania. SURSUM CORDA!